Reportaż o Chromcu i okolicach

Gdzieś na Dolnym Śląsku, między Jelenią Górą, a Świeradowem. Gdzieś między Górami Izerskimi, a Starą Kamienicą. Gdzieś tam istnieje lokalny koniec świata. Trójkąt Kopaniec-Antoniów-Chromiec. Konkretnie Międzylesie, Ramberg. Tutaj normalni ludzie się nie sprowadzają, bo i po co? Życie trudne, sklepów mało, z zasięgiem bywa różnie, nie wspominając o zaśnieżonych drogach zimą. Sama natura, prowincja zapomniana przez Boga i diabła. Stąd się tylko wyjeżdża albo przyjeżdża tutaj i zostaje skazanym na izerskie dożywocie. Jedni powiedzą – raj, inni – zadupie. Tutaj mieszkają albo ciekawi świata przybysze z różnych rejonów Polski i Europy, albo tutejsi, w większości repatrianci powojenni. Dla nas – szara rzeczywistość, dla nich sens życia codziennego. Prosty, ale świetny, prawdziwy materiał o nich, a w rozwinięciu newsa moje spojrzenie na ten temat:

https://www.facebook.com/nemolandPolen/videos/2031585393598205/

Czytaj dalej Reportaż o Chromcu i okolicach

Niepodległa – to znaczy jaka?

W czerwcu napisałem pierwszy tekst z cyklu “Nie tylko o Izerach” – ten będzie kolejnym z powyższej serii. Uprzedzam więc, że znajdziecie tu, Szanowni Czytelnicy, bardziej moje luźne przemyślenia, spostrzeżenia niż kolejną propozycję trasy po Pogórzu. Końca dobiega polski Dzień Niepodległości – trochę o święcie, o górach, trochę o tym narodzie, zapraszam…

Czytaj dalej Niepodległa – to znaczy jaka?

Nie tylko o Izerach…

Nie tylko o Izerach…– a po co to komu, skąd pomysł na coś innego? To trochę jak z przepisem na tort. Sama mąka, czy cukier nie wystarczą. Składników jest cała masa. W przypadku nowego cyklu na blogu zasada jest ta sama. (Tak, wiem, nie zaczynamy zdania od “bo”, ale powiedzmy, że stać mnie – gdy nie potrafię czegoś komu uzasadnić, zawsze mówię – bo stać mnie):
– bo czasem złapie człowieka wena, a Ty musisz coś napisać, żeby uwolnić umysł (coś na zasadzie zrzutu wody przez zaporę)
– bo wiem, że są Czytelnicy, którzy przeczytają wszystko, co tylko tu napiszę – pozdrawiam i dziękuję! (pewnie jest Was garstka, ale któryś z wielkich kompozytorów mawiał, że koncert może zagrać nawet dla jednej osoby, bo grunt to mieć odbiór)
– bo pewne tematy spędzają mi sen z powiek i być może napisanie o nich sprawi, że mózg zacznie je sobie lepiej układać, porządkować, uzasadniać?
– bo gdy nie mam o czym pisać w kontekście wycieczek po Izerach, trzeba podtrzymywać bloga przy życiu, hm…

Czytaj dalej Nie tylko o Izerach…

“Semper in altum”

Zawsze w górę. Na taką sentencję spoglądałem przez trzy lata mojej licealnej przygody. Człowiek patrzył na to tak trochę bez przekonania. Chyba wynikało to z tego, że etap tzw. świadomego życia zaczął się u mnie właśnie dopiero pod koniec szkoły średniej. Każdy z nas ma w sobie coś takiego, że stawiamy sobie cele i do nich dążymy. Każdy. Nawet ten leń na kanapie, bo jeszcze w sobie tego nie odkrył. Być może nigdy nie odkryje, ale to coś siedzi w człowieku i tylko czeka na odkrycie. Natomiast na drugim biegunie serialowego Ferdka Kiepskiego są himalaiści, którzy “to coś” odkryli w sobie, a częstokroć i zapłacili za to najwyższą cenę. Tak, pewnie domyślacie się o kogo mi chodzi, ale nie będę się rozpisywał o tym, co słyszycie w mediach. Ilu Polaków – tylu ekspertów. W rozwinięciu artykułu na początku wrzucę Wam dwa linki do naprawdę mądrych materiałów odnośnie pasji himalaistów, wszystko z pierwszej ręki. Do tego kilka moich przemyśleń na temat m.in. pokory w górach – czy się z nimi zgodzicie? Być może – sami się przekonajcie…

“Tylko” osiem razy niższe niż Himalaje…

Czytaj dalej “Semper in altum”

“Niebo z moich stron”

Zanim zaczniesz czytać artykuł, pomyśl sobie, Czytelniku, co kilka lat temu miałeś pod nosem, czego nie doceniałeś, a teraz już masz z tym sporadyczny kontakt albo w ogóle – znikomy – osoby bliskie, chłopak, dziewczyna, ulubiony gadżet, sprzęt sportowy, wciągające hobby – co tylko chcesz…

Czwarty rok studiów w Łodzi ma się w najlepsze, a że prawo jest wymagającym i ciężkim kierunkiem, to i zapach domowego poddasza staje się czymś coraz bardziej wymarzonym, wręcz wyimaginowanym – tym bardziej, że gdyby nie moi przyjaciele (jeśli to czytacie – serdeczne Was pozdrawiam, Kamilu i Igorze), to podróże weekendowe do i z domu rodzinnego byłyby ośmiogodzinną męczarnią w autobusach i pociągach. Czasami wraca się co trzy tygodnie, czasem co miesiąc. Im rzadziej bywam w rodzinnych stronach,  tym bardziej za nimi tęsknię. Jeśli ktoś z Was chce w praktyce dowiedzieć się, na czym polega przysłowie “cudze chwalicie, swego nie znacie(…)”, to ten sposób jest genialny w swej prostocie. Dopiero teraz, myśląc o tym, gdzie jeszcze warto przejechać się rowerem, gdzie zabrać aparat, uświadamiam sobie bogactwo atrakcji naszego regionu. Pokazując znajomym zdjęcia z tych malowniczych stron, dopiero mogę przejrzeć na oczy i faktycznie powiedzieć sobie – kurczę, 90% znajomych z Łodzi oddałoby wiele, żeby spędzić tu choćby i parę wolnych dni…ale to chyba już tak jest, że mieszkając w danym miejscu, powszednieje nam ono, a my przyrastamy do “biurka/kanapy”, nie zwracając uwagi na “niebo z moich stron”, o którym śpiewały Czerwone Gitary… Czytaj dalej “Niebo z moich stron”