“Nie czując dni, godzin i lat…” – czyli Łódź na rejsie po Izerach

Ref: Nie czując dni, godzin i lat
Nie licząc zysków, ani strat
Okrążamy, opływamy wokół świat
A jeśli drugi widać brzeg
Izery to najlepszy lek
One są jak w długiej trasie piąty bieg

Wszystko zaczęło się dość niepozornie. “Studencka” ekipa mojej przyjaciółki  z roku z Łodzi, Karoliny, co roku kilka razy planuje wypady w różne miejsca Polski i nie tylko. Praca, ciągła gonitwa, stres – i chcesz, czy nie chcesz – musisz odreagować. Plany na tę majówkę młodzież miała dwutorowe – z jednej strony piękny, stary Lwów, a z drugiej nagle pojawiła się opcja poznania tajemniczych, mało komu znanych Gór Izerskich. [Skromny] Blog i moja fascynacja tymi okolicami chyba udzieliły się Karoli i reszcie załogi, bo postanowili ostatecznie zawitać w moje rejony, a tę przygodę myślę, że będą długo pamiętać…ale zacznijmy od początku.

Łódzki dream-team jeszcze przed nadejściem środowych posiłków

Pierwsza część łódzkiej drużyny pierścienia przyjechała do Czerniawy późnym wieczorem, w poniedziałek – 30.04.  Doradziłem im wcześniej, żeby nocleg ogarnęli sobie w Czerniawie albo okolicach Świeradowa, bo w samym centrum uzdrowiska ceny potrafią zniesmaczyć – ale nie ma się co dziwić, skoro co roku to miasteczko zalewają tysiące Niemców. Padło na pensjonat Eko-Paloma. Prywatni właściciele, parking, stare zabudowania gospodarskie, wnętrze typowo swojskie, studenckie, ale zadbane i cena w porządku, bo 35 zł za dobę na osobę. Najpierw myślałem, że moja rola ograniczy się do trzykrotnego wskazania szlaku i tyle, ale na szczęście – myliłem się.

1.05.2018

Pierwszy dzień był na tzw. przetarcie – miałem okazję poznać każdego członka wyprawy, zobaczyć jak ci ludzie zachowują się na trasie, ile wypoczynku i postojów potrzebują, czy często muszą uzupełniać płyny…Wstałem o 7.00, zaraz szybkie śniadanie i pakowanie, a tu proszę – wyruszyliśmy kilka godzin później. Zachmurzone niebo, pierwszy postój po paru metrach – oho, to się wpakowałem, już ciul, już pograne. Pierwszego maja postanowiliśmy ruszyć na przełaj do centrum Świeradowa – zaatakowaliśmy zalesioną górę nad Eko-Palomą i skręciliśmy na podjazd z Czerniawy pod kolejkę gondolową Ski&Sun. Byłem miło zaskoczony, bo na szlaku prawie każdy o coś pytał. Zaciekawili się – pomyślałem – to dobry znak, jest nadzieja 🙂

Zażegnaliśmy próbę wejścia na górę i wjazd kolejką – przy okazji X postój na “uzupełnienie płynów”. No dobra, dostosuję się – zeszliśmy w dół do Świeradowa, biorąc za cel dom i park zdrojowy wraz z deptakiem obok. Po chwili kolejny postój. Już wiedziałem, że od piwopoju, tzn. wodopoju – jak najdalej! A widzicie – trzeba było inteligentnie rozpracować mapę. Krótka wizyta w parku i domu zdrojowym, a następnie atak na “Czeszkę i Słowaczkę” – oho, słyszałem pierwsze stęki, że już w górę. Skręciliśmy w prawo na ścieżkę zwaną “Tewa” – by dojść nią praktycznie do nartostrady. Przy okazji zgubiło nas trochę mylne oznakowanie szlaków i do Świeradowa zeszliśmy przez las na dziko. I wtedy coś zaczęło trybić we mnie. Ekipa puściła Budkę Suflera, Andrzeja Zauchę z głośniczka turystycznego. “Cisza jak ta” – jak ja dawno tego nie słuchałem, a jak bardzo to pasowało do tej chwili, do tego otoczenia, tych ludzi. Po studencku albo wcale. Było godnie. Chcieli wodę – pili wodę, chcieli piwko – pili piwko, chcieli pośpiewać – śpiewali. Byli wolni. Nieskrępowani. Odstresowani coraz bardziej. Piękna sprawa. Możesz zarabiać tysiące, miliony, a takich chwil nie kupisz za nic. Następnie drużynę sprowadziłem na domowy obiadek do knajpki “Piwniczka u Wioli”, a sam wróciłem do auta pod pensjonatem, bo czekał na mnie w Gryfowie mecz…czego potem żałowałem i miałem nauczkę, ale nie teraz miejsce na żale. Wróciłem wieczorem na grilla do moich podopiecznych.

2.05.2018

Drugiego dnia rano…tzn. dla nich rano, w sumie to później trochę – ruszyliśmy w stronę Rozdroża Izerskiego, skąd mieliśmy zaatakować kopalnię kwarcu “Stanisław”. To dawny zakład wydobywczy, eksploatujący kwarc metodą odkrywkową ze złoża żyłowego. Kopalnia położona jest na Izerskich Garbach mających przed eksploatacją wysokość 1088 m n.p.m.). Poziom wydobywczy położony jest na wysokości od 1050 do 1080 m n.p.m. – najwyżej położony w Polsce, a nawet w środkowej Europie. Cała najbliższa okolica kopalni Stanisław jest silnie przekształcona przez człowieka. Eksploatacja zamieniła wierzchołek góry w dziurę, industrialny charakter dopełnia ustawiony przed paru laty maszt stacji przekaźnikowej GSM. Produkcja kopalni obejmuje trzy odmiany kwarcu: ceramiczny, najbardziej wartościowy, półceramiczny i hutniczy. Wydobywany kwarc odznacza się bardzo wysoką zawartością krzemionki. Surowiec o takich parametrach doskonale nadaje się do wykorzystania w przemyśle: szklarskim, hutniczym i elektronicznym. Kamieniołom słynie z pięknych okazów kryształów kwarcu.

Kilka poziomów w dół, praktycznie ogromna brama łącząca obie strony Gór Izerskich. Robi wrażenie.

Ale zanim doszliśmy do kopalni…Na stacji paliw w Świeradowie poznałem Kamila i “Bola” – wtedy dopiero zaczęła się przygoda. Dołączyli do nas z samego rana – to również część Karolinowej ekipy. Kamil – górołaz, jedyny solidnie ubrany. “Bolo” – w stroju Nike może zdobywać Himalaje, a dzień później iść na Piotrkowską w Łodzi. Kiedy myślisz, że ktoś czegoś nie zrobi – tam pojawia się “Bolo”. Złota rączka od niecodziennych sytuacji. Powinniśmy mu płacić, że tak rozweselał nasze wyprawy. Samochodową karawaną pojechaliśmy na Rozdroże…a tam aut jak pod biedronką na Boże Narodzenie. Nigdy tylu aut tam nie widziałem. Widać było, że majówka w pełni. Młodzież uzbrojona w sok z gumijagód, a suczka Majka w skarpety bojowe i alleluja do przodu. Żółtym szlakiem w stronę Sinych Skałek, a potem w lewo czerwonym do kopalni. Gdy z poziomu parkingu zadarliśmy głowy do góry, w stronę kopalni, widziałem respekt i zniechęcenie w oczach towarzyszy (nie)doli. Uspokoiłem ich, że żółty szlak obchodzi kopalnię dookoła i wejście będzie łagodne. Przy okazji opowiedziałem im plan na dzisiaj i poinstruowałem zagubionych w boju rowerzystów przy mapie Gór Izerskich. Byli zaskoczeni, że pomógł im tubylec. Albo było im miło?

Ze skrzyżowania żółtego z czerwonym szlakiem do Sinych Skałek podchodzi się dość wymagająco, ale jakie widoki! Prawo, lewo, przód, tył – dookoła bezkres. Tutaj właśnie kręcono końcowe sceny do serialu i filmu Wiedźmin – nie wierzycie? Sprawdźcie sami i porównajcie. Krajobraz przypominający północ Ameryki Północnej, czy bezleśne zakątki Syberii.

Łódzka drużyna Geralta z Rivii i morze gór za nimi. Od lewej: śmieszek “Bolo”, Kamil-górołaz, ciekawy świata Tomek i śpiewak wyprawy – Marcin.

Po dłuższym odpoczynku czas nas gonił w stronę kopalni, zatem w drogę. Po drodze najedliśmy się strachu, bo “Bolo” postanowił poudawać odgłosy zwierząt z izerskiego buszu – tyle stresu, co śmiechu. W oddali zaczęły majaczyć się Karkonosze. W pewnej chwili doszliśmy do końca świata – dosłownie. Kopalniany krajobraz coraz bardziej był widoczny. Tutaj postanowiliśmy uwiecznić się na tle tej żwirowo-górskiej pustyni (pierwsze zdjęcie stąd widzieliście w nagłówku newsa).

Od lewej: tubylec/lokals/przewodnik Paweł (ja), Asia, Zychu, Marcin (w kapeluszu), Majki, Karola (to ona przekonała ekipę do przyjazdu w Izery), “Bolo”, Wojtek, Marta i Tomek; na dole od lewej: Bartek, Krzysiu-Adonis, Kamil, Magda z Majką (suczką) i Malwina

Po szybkim zwiedzeniu kopalni nadszedł czas na powrót do aut – ale sam teren kopalni jest spory i szliśmy jeszcze jakiś czas marsowymi pejzażami – sam piach, opuszczone budynki kopalniane, i cały czas ten nieoswojony bezkres. Wbiliśmy się po chwili w zielony szlak, którym na skróty można szybko zejść do Rozdroża. Momentami było naprawdę stromo – ale czas nadrobiliśmy bardzo dobrze. Umordowani, ale żywi – przeszli chrzest bojowy. Postanowiliśmy napełnić żołądki w La Gondoli w Świeradowie – na głodniaka wszystko smakuje znakomicie, a tym bardziej w tak zacnej knajpce. Następnie znowu grill zamykający dzień i noc w Czerniawie. Późnym wieczorem dotarła końcowa część wyprawy – Agata, Magda i Piotrek. Byliśmy w komplecie.

Magda – związana zawodowo z czekoladą Milka, Piotrek – człowiek od aranżacji teatru? (już nie pamiętam, tyle opowiadał) i Agata – lekarka u progu kariery – od początku w dobrych nastrojach, to się ceni.

3.05.2018

Święto narodowe przywitało nas kapryśną aurą – dlatego od razu planowaliśmy spędzić ten dzień tam, gdzie najmniej nas zmoczy. Ruszyliśmy na zaporę złotnicką – tu zacząłem fotografowanie, mając w pamięci chęci ekipy do pozowania z kopalni. Bardzo przyjemnie zaczęło mi się dogadywać z zespołem, a tym bardziej z chętnymi do zdjęć.

A ten duet był fotografowany przez wszystkie przypadki – Magda i Majka, stworzone dla siebie, bo do tanga trzeba dwojga.
“Bolo” poczuł zew natury. To jest to! Nike i Warka już się zabijają o jego wizerunek.
Magda, potem Bolo, a teraz Karolina – dobra miejscówka do portretów 🙂

Musieliśmy się zbierać, bo zaczynało kropić, a ulewa wisiała w powietrzu. Pojechaliśmy w stronę zamku Czocha…i tylu aut nie widziałem tam odkąd odwiedzam zamek, czyli od lat 23. Nie masz co robić w majówkę? Leć na Czochę – kolejka turystów ciągnęła się przed bramą wjazdową wzdłuż murów. Postanowiliśmy, że szkoda zachodu teraz na to i dojechaliśmy do drugiej zapory – leśniańskiej. Niestety tam zaczęło lać. Jakoś doczłapaliśmy do restauracji “Czocha” pięknie górującej nad zaporą – udało nam się trafić na nie-wesele, bo ile razy tam byłem, to zawsze ktoś świętował po ślubie. Nie ma się co dziwić – widoki kapitalne i wnętrze bardzo klimatyczne. Większość zamawiała pomidorową, pierogi, a ja jeszcze na deser wziąłem z ciekawości tutejszy sernik – robił wrażenie, świeżutki, dopieszczony wizualnie. Ceny, jak na taką miejscówkę – o dziwo normalne. Zaglądnę tam kiedyś. Przy jedzeniu zacząłem lepiej poznawać moich towarzyszy – wiedziałem już kim jest Wojtek,  czy Marta, na co stać Bola i że Agata to podróżniczka i wielbicielka pierogów. Bo to tak już jest, że nawet najgorszą pogodę potrafią przesłonić pozytywni ludzie dookoła. Wreszcie przestało padać i ruszyliśmy tyłki z nadzieją w stronę Czochy – udało się, tzn. udało się zaparkować i wejść na dziedziniec (uwaga, od niedawna pobierają kasę nawet za przekroczenie bramy zamkowej, kiedyś tutaj zwiedzało się za darmo). Wnętrza odpuściliśmy ze względu na obowiązek noszenia suczki Majki na rękach – mimo, że wcześniejsze zapewnienia włodarzy nie były tak rygorystyczne…ale i tak ten wybór okazał się najlepszy – rycerz Bolko I postanowił rozweselić deszczową atmosferę.

Bolko herbu Trzy Paski

Tego dnia główną atrakcją Zamku Czocha był festiwal kuchni średniowiecznej, ale jak widać na załączonym obrazku – nie tak do końca. Gwiazda dnia łączyła w sobie różne style – począwszy od średniowiecznego hełmu, przez włócznię, maskę przeciwgazową, aż do zbroi Adidasa.

Powrót do przeszłości – sceny jak z komedii “Goście, goście”

Zamkowa sceneria była dla mnie jak woda dla pustyni. Aparat w dłoń i do dzieła.

W poszukiwaniu Białej Damy znalazłem ich aż sześć – w tym jedną psią-suczą
Kiedy nie musisz widzieć ducha na zamku, żeby mieć pełne gacie – wystarczy przybysz z przeszłości.
…a i tak zamkowe opowieści kończą się happy endem

Z zamku zabrałem ekipę do Gierczyna – Lasku, żeby pokazać im tutejsze krajobrazy i stare wsie. Wszystko było super, tylko wróciliśmy do aut z przemoczonymi butami – nie sądziliśmy, że poza zamkiem i zaporami ruszymy w teren i to po ulewie. Tak, czy siak – widok falistego krajobrazu z parującymi lasami był niesamowity. Magiczny. Tajemniczy. Byliśmy głodni, a Pawełek chciał pokazać wszystkim swoje miasteczko, Gryfowem Śląskim zwane, z odrestaurowaną starówką i najbardziej klimatyczną knajpką na Przedgórzu Izerskim – Coffee Street. Bardzo szeroki wybór w menu i wszystko dobre. Ekipa była naprawdę pod wrażeniem – klimatu restauracji i gryfowskiej starówki. Można? Można 🙂 To tak, jakby ktoś w Gryfowie miał kompleksy, że tu nie ma po co przyjechać. Nawet psiak dostał wodę do picia! Wieczorem znowu miłe przygody w Eko-Palomie.

4.05.2018

Cały dzień poświęcony był kajakom, na które udaliśmy się po wcześniejszej rezerwacji do Nielestna – na południe od Wlenia. Pan z firmy Strider pomógł nam załadować się do sprzętu wodnego i poinstruował co i jak. Jak się później okazało – wszyscy dopłynęli do końca bez wywrotki. Bóbr okazał się rzeką z momentami wartkim nurtem, wieloma meandrami i pięknymi krajobrazami dookoła – zwłaszcza zbocza góry zamkowej we Wleniu robiły wrażenie z poziomu wody. Oczywiście kajaki = opalenizna albo i spalenizna u niektórych. Czerwoną skórę nadal kilkoro z nas ma na sobie. Na koniec czekała nas “niespodzianka”, bo szef zabrał kierowców do Nielestna z Dębowego Gaju/Soboty, a następnie musieliśmy swoimi autami podjechać pod czekającą na brzegu drużynę. Świetnie spędziliśmy ten dzień. Wielkim plusem było miejsce na ognisko z drewnianą przystanią w Marczowie, gdzie zrobiliśmy sobie dłuższy postój nad wodą. Z chęcią tam wrócimy. Przepłynęliśmy około 16,17 km, ale każdy solidarnie stwierdził, że jeszcze kilka spokojnie dałoby radę. Kolejny wieczór w Czerniawie na koniec spływowego dnia znowu był wisienką na torcie – w takim towarzystwie aż grzech iść spać wcześnie.

5.05.2018

Ostatni dzień na zwiedzanie Gór Izerskich przypadł na sobotę – był to jednocześnie przedostatni dzień pobytu łódzkiej ekipy na tych ziemiach, bo już nazajutrz rano pakowali się i wyjeżdżali. Rano…no dobra, znowu względnie rano wyruszyliśmy autami w stronę kolejki gondolowej na Stóg Izerski, zostawiając auta na ogromnym parkingu pod dolną stacją wyciągu – 5 zł za cały dzień to rozsądna cena. Pogoda była zdradliwa – niby mocne słońce, ale też chłodny wiatr od gór. Kupiliśmy “w promocji” bilety w obie strony, zupełnie zapominając, że możemy nie zdążyć wrócić tu do ostatnich zjazdów, ale mniejsza. Widoki z wagoników zapierają dech w piersiach – akurat dopisała nam dobra pogoda, więc było co oglądać. Po wjeździe na górę zaskoczyła mnie dość wysoka temperatura – tam nawet w sierpniu można chodzić w grubej kurtce, a tu każdy długi rękaw i jakaś wiatrówka. Zaprowadziłem ekipę do schroniska na Stogu, żeby zobaczyli, jak przed laty wyglądały tutejsze chaty wiejskie.

O dziwo pierwsze zaczęły pozować pary – na początek Marta i Wojtek
Malwina i Tomek
Wiecznie weseli Asia i Bartek
Karola i Marcin na koniec, bo zaczęło nas podwiewać

Następnie ruszyliśmy w stronę Łącznika, by tam skręcić na Telefoniczną w stronę Polany i osady Drwale. Długi i monotonny spacer tylko sprzyjał integracji i rozmowom na trasie. Wśród drzew już tak nie wiało, a słoneczko opalało chętne ciała damskiej części zespołu. Co jakiś czas zniecierpliwione towarzystwo pytało, ile jeszcze do tej całej Chatki Wiedźmina (chodziło o Chatkę Górzystów, ale przez moje opowieści o Wiedźminie w Izerach tak im utkwiło) – pocieszałem, że zjedzą jedyne w swoim rodzaju naleśniki i wypiją kolejne flaszki soku z gumijagód – to wystarczało. Ze skrzyżowania z Zieloną Chatką poszliśmy prosto, a nie jak zawsze asfaltem na Halę Izerską. Chciałem, żeby zobaczyli całą Halę ze schroniskiem z innej perspektywy, z samego końca. Po drodze nasz wycieczkowy wodzirej Marcin puścił z głośników Andreę Bocellego. Time to say goodbye miało zabrzmieć nazajutrz, ale taki klasyk w takim towarzystwie i takich okolicznościach przyrody rozmarzył kilka osób. Muzyka łagodzi obyczaje i umila trudy wędrówki. Wreszcie naszym oczom ukazała się przepiękna i szeroka panorama Hali Izerskiej – mniej więcej taki widok mam ustawiony na głównej stronie bloga. Trawiasty przestwór oceanu, niczym keks nadziany ruinami starych domostw i skarłowaciałymi brzozami. Dlatego, jeśli chcecie zobaczyć tundrę, to nie trzeba jechać na Syberię, czy do Kanady. Krótki przystanek na historię Hali Izerskiej i dawnej osady Gross Iser, a następnie kierunek – Chatka Górzystów. Asia z Zychem postanowili skrócić sobie drogę przez strumyk kilkadziesiąt metrów przed schroniskiem o ile tej pierwszej się to udało, to Wojtek zakotłował nogami niczym Pawlak przed dzikiem w Samych Swoich i zafundował sobie kąpiel w torfie zupełnie za darmo – a tacy kuracjusze corocznie zostawiają tysiące złotych i euro w Świeradowie dla takich przyjemności. Zapach był specyficzny, a widok ubłoconych nóg i butów przypominał sceny z poligonu. Ale śmiechem zaleczyliśmy ten przykry moment 🙂 Rozbiliśmy mini-obóz pod Chatką i ruszyliśmy zamawiać tutejsze specjały. Oczywiście, każdemu radziłem spróbowanie naleśników z jagodami. 19 zł za jedną porcję, ale ten przysmak jest bardzo syty:

“Nic nie robić, nie mieć zmartwień…” Urok Chatki Górzystów – kładziesz się na łączce przed schroniskiem i masz wywalone na wszystko, co codziennie zawraca Ci dupę.
…a inni korzystali z życia
Kąpiel słoneczna Magdy i Agaty
Nasz dream-team w komplecie 🙂

Pożegnalne zdjęcie i pora była się zbierać – tym bardziej, że dotarło do nas, iż nie ma już co liczyć na zjazd kolejką gondolową w dół. Postanowiłem, że zejdziemy Starą Drogą Izerską – czyli niebieskim szlakiem. Przed laty, to tamtędy podróżowano ze Świeradowa do wsi Gross Iser. Trudna droga do schodzenia, bo momentami brukowana kamieniem, ale bardzo malownicza.

Po drodze minęliśmy bardzo zmyślnie skonstruowaną chatkę leśną, w której na piętrze można było się przespać – testował Krzyś.

Ten wzrok
Mówiłem, że Izery to miejsce magiczne.

Nadchodziła tzw. złota godzina – godzina przed zachodem Słońca, kiedy światło jest tak ciepłe i miękkie, że mając aparat w dłoni grzechem byłoby nie zrobić ani jednego portretu – a w połączeniu z kolorowymi pejzażami Świeradowa – palce lizać.

Krzyś – klasycznie
Rozproszone przez złocisto-zielone liście światło daje niesamowity efekt

Chwilę przed domem zdrojowym rozdzieliliśmy się – ekipa poszła w stronę parkingu pod gondolą, a Agata była na tyle ciekawa centrum Świeradowa, że postanowiłem ją tamtędy poprowadzić i przy okazji strzelić kilka ujęć.

Świeradowski park zdrojowy po odrestaurowaniu wygląda jak z bajki, zresztą nie tylko park. Złote od światła włosy również.

I ostatnie zdjęcie, żeby nie speszyć Agaty

Na świeradowskim deptaku klimat jak w Szwajcarskim kurorcie.

Ciekawa i klasyczna trasa ze Świeradowa do Chatki Górzystów – esencja tych gór, muzyczne klasyki na trasie, śmiechu w opór, przepiękne krajobrazy i światło o zachodzie wprawiające w foto-ekstazę, a przede wszystkim totalny chillout. No i najważniejsze – doborowa ekipa, która niestety nazajutrz wyjechała do Łodzi. W tym momencie urwę moje wycieczkowe wspomnienia, bo lepiej je kończyć na czymś pozytywnym. Takich wartości, jak wyżej nigdzie nie kupicie. To można tylko przeżyć, zaszyć w swojej kieszonce wspomnień i przypominać sobie, ile tylko chcecie. Nie pamiętam kiedy tak dobrze spędzałem czas. Naprawdę – więcej do szczęścia mi nie trzeba. Chyba nie tylko mi.

A co mogę powiedzieć o moich podopiecznych z Łodzi? Mówi się, że ludzi poznaje się tak naprawdę w górach – tutaj wychodzą z nich wszystkie zalety i ułomności. O tej drużynie można mieć różne zdanie, ale zżyłem się z nimi i przeżywałem autentyczną pustkę, gdy w niedzielę zobaczyłem wyjeżdżające z Czerniawy auta na rejestracjach EL. Coś dobrego właśnie się skończyło.

Pora na oceny od pana przewodnika: (bez nazwisk, osoby z wycieczki będą wiedziały o kogo chodzi 🙂 )

Magda (i jej suczka Majka) – Magdo, mogłabyś spokojnie zostać przewodnikiem. Urodzony lider, konkretna babeczka, świetnie pozująca z Majką do zdjęć. Jeden z szefów wyprawy, który niczym sierżant dogadywał się z każdym szeregowym na wycieczce.

Asia – obok Bartka i Agaty moja współtowarzyszka z auta. Charakterna, wesoła, bardzo ciekawa tych okolic i dociekliwa. Doceniam, gdy ktoś wykazuje zainteresowanie, tym, czym się zajmuję i nie robi tego z kurtuazji.

Malwina – Ciebie Malwino zapamiętam ze smaku zwycięstwa przy wieczornych karcianych pojedynkach. Momentami narzekała na trasę wyprawy, ale argument w postaci zdjęć z jej Tomkiem zawsze brał górę i końcowo była zadowolona, a wręcz mam wrażenie – zatęskniła za tymi górami.

Karola – ciężko oceniać mi kogoś, z kim mam kontakt codziennie. Co zapamiętam z samej wyprawy? Taka turystyczna babcia – tu pomogła, tu doradziła, tu coś ogarnęła. Pożyteczna istota z Ciebie, Karola. Razem z Magdą trzymały w ryzach kompanię izersko-łódzką.

Marta – raczej cicha osóbka, wycieczkowa towarzyszka Wojtka. Jedna z osób, które były często uwieczniane na zdjęciach. Pozytywna postać, nie dająca sobie pluć w kaszę.

Magda – “Paweł, aaa powiedz mi…” – najczęstsze zdanie padające z jej ust. I znowu – doceniam, gdy ktoś autentycznie jest ciekaw punktów na trasie wycieczki. Bez tego nie mógłbym dzielić się taką ilością wiedzy. A poza tym – Magda od Milki, tak – nie żaden świstak zawija, tylko Magda ma jakiś swój procent w produkcji fioletowej czekolady 🙂

Agata – uwielbiam ludzi, z którymi można iść na cały dzień w góry i nie braknie z nimi tematów do wspólnych rozmów. Uwielbiam ludzi, którzy kochają góry i nawet samemu czują się w nich jak w domu. Uwielbiam ludzi, którzy nie narzekają, gdy muszą czekać na moje zdjęcia, a wręcz chętnie pozują do nich. Agata się do nich zalicza. Pozostaje mi podziękować.

Wojtek – wysportowany chłopak, z głośnikiem na pasku, dobry towarzysz do wieczornych rozmów i pogawędek na szlaku.

Tomek – ciekawy świata, do tańca i do różańca, widać, że te okolice wywarły na nim duże wrażenie.

Majki – niby cichy, niepozorny, a jednym słowem – człowiek nadajnik. Bez niego ekipa miałaby krucho z internetem 🙂

Marcin – wielki plus za dobór muzyki na szlaku! Zawsze kapelusik i ciemne okulary. Śpiewak wycieczkowy i śmieszek.

Kamil – zwany Szwagrem. Górołaz – chyba najbardziej odpowiednio ubrany do pogody i w góry. Człowiek z pasją, widać, że momentami wolałby pójść samemu, nieco żwawiej. Spec od nieruchomości.

“Bolo” – człowiek orkiestra, zamkowy rycerz ze zdjęć. Powinni mu płacić za tak świetną atmosferę na majówce. Tak nas rozśmieszał, że aż brzuchy bolały – ostatnio śmiałem się do rozpuku chyba jeszcze w liceum. Bez niego nie jadę na następny wypad!

 “Zychu” – trochę jak Majki – niepozorny, ale na pewno bardziej odważny i bezpośredni. To on skąpał się w zdrowych błotach Hali Izerskiej.

Krzyś vel Adonis – sok z gumijagód, piłka nożna i dobry humor to jego znaki rozpoznawcze. Bardzo pozytywna postać, zadziwiał mnie swoją dietą. Żołądek godny ruskich komandosów.

Piotrek – “Kubi” – donośny ton głosu, śmiech jak Wiktor Zborowski, konkretny chłopak, taki starszy harcerz.

Bartek – obok Asi i Agaty, mój kompan z auta – wiecznie uśmiechnięty, dosłownie. Zaciesz nie schodził mu z ust nawet w trakcie snu. Może trochę wyglądał na zmęczonego, ale to kolejna postać, która sporo pytała i dociekała. Tak trzymaj!

W niedzielę wyjechali. Będę tęsknił.

Sza, cicho sza czas na ciszę,
Już oddech jej coraz bliżej,
Tego naprawdę Ci brak,
Ona jedna prawdziwy ma smak,
Cisza jak ta.

 

4 odpowiedzi do ““Nie czując dni, godzin i lat…” – czyli Łódź na rejsie po Izerach”

  1. No to miałeś pracowitą majówkę. Chyba Waszą tłoczność widzieliśmy z okna. Taki tłum trudno u nas przegapić. Pozdrawiam o dziwo nie spod orzecha a znad Bałtyku.

    1. Tak, to my. Myślałem, że nikogo nie ma w domu, bo cisza i pustka. Dzięki i pozdrawiam również 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *