Spacer brzegiem Jeziora Złotnickiego

W ostatnich latach po świętach zapanowała moda na zrzucanie kilogramów. Wiosna, lato, jesień, zima – taka sama waga trzyma. Co jednak zmotywowało mnie do odwiedzenia Jeziora Złotnickiego? Przecież nawet powietrze było “brudne” i zbyt gęste do robienia dobrych zdjęć, nawet nie chciało mi się brać Canona ze sobą. Według prognozy pogodowej to było ostatnie pogodne popołudnie, a że była już 14.00, to możliwości wypadów nie było zbyt wiele – o 16.00 słońce już kładło się do snu. Dwie godziny to za mało do poruszania się po Izerach, czy okolicznych miejscowościach. Wybór padł na Jezioro Złotnickie – największą turystyczną atrakcję Gryfowa Śląskiego, zaraz obok Zamku Gryf. Niestety, oba te miejsca są w opłakanym stanie, a jeszcze 20 lat temu turyści chętnie odwiedzali zamek, jak i wypoczywali nad wodą.

Na samochodach znajdziecie tu DLW, a na łodziach – LWŚ. Ciekawostka.

Nie chciałbym pluć we własne gniazdo, ale Jezioro Złotnickie i jego brzegi są brudne, jak Ganges. To składowa tylu czynników, że nie wiem, czy starczyłoby miejsca na ich wymienienie. Coroczne sprzątania Jeziora przez lokalnych patriotów są godne pochwały, ale co z tego, skoro i tak znajdzie się grupa tutejszych matołów, którzy traktują wody tego akwenu jak ogromny śmietnik, bo przecież pod wodą śmieci nie widać. Władze jednego miasta przerzucają odpowiedzialność za nieinwestowanie w to miejsce na drugą gminę, ta na trzecią, a trzecia na lasy państwowe, czy na instytucje związane z gospodarką wodną. Faktycznie – Jezioro nie ma szczęścia do podziału administracyjnego, ale w Polsce od zawsze trzeba było konstruować setki przepisów dot.odpowiedzialności, a na końcu i tak przerzuca się “winę” na drugiego.

Lokalizacja jeziora – w kontekście granicy państwowej i Jeleniej Góry

Dość zrzędzenia. Jezioro Złotnickie nadal ma swój urok, kształt wciąż ten sam, kolory równie bajeczne. Postanowiłem przespacerować się jego brzegiem od gryfowskiego Osiedla VII Dywizji, aż po poniemiecki most, łączący Wieżę z Biedrzychowicami (Karłowicami). Jak wspomniałem – nie brałem ze sobą lustrzanki, ale kto powiedział, że smartfonem nie można robić równie efektownych ujęć – 90% dobrego zdjęcia to fotograf, a nie sprzęt (ach, wrodzona skromność) 🙂

Trasa spaceru: X – miejsce, gdzie zostawiłem auto, po środku domki letniskowe w Wieży, a z lewej – domki w Karłowicach

Auto zostawiłem przy ulicy Widokowej – nazwa adekwatna dla ulicy. Całkiem niezła panorama na Góry Izerskie, drugi brzeg Kwisy oraz fragment wsi Wieża. Zaopatrzony w klasyczne czarne kalosze oraz maskujące barwy (zawsze mam dzięki temu większą szansę na niespłoszenie zwierzyny) udałem się przez tzw. “Sielankę” w stronę jeziora. Sielanka, harcówka, a dawniej – Kienberg. Od ponad stu lat to miejsce było celem wędrówek gryfowian i turystów. Duża platforma wydrążona w zboczu jeziora, w skale, mieściła schronisko/gospodę/ miejsce odpoczynku i letnich zabaw. Ulicą Partyzantów wiodła tutaj piękna lipowa aleja, której pozostałości można podziwiać do dzisiaj. Tylko po budynku, tarasie, czy urządzeniach do wciągania kajaków – nie ma już śladu. Wyobraźcie sobie, jakie zainteresowanie musiało budzić to miejsce lata temu.

KienbergBaude – sprzed 1945 (fotopolska.eu)
Pocztówka z Kienbergu (jbc.jelenia-gora.pl)

Tak, dobrze widzicie – z samego schroniska można było zejść bezpośrednio do jeziora i popływać wodnym sprzętem.

Zaplecze KienbergBaude z lat 30′ XX wieku (fotopolska.eu)

Dzisiaj po tym miejscu nie ma już śladu. Zostały betonowe fundamenty, resztki tarasu, aleja drzew oraz tablica informacyjna, schowana w krzakach za dawną gospodą.

Horderplatz – wrażenie robi data postawienia pomnika: 1904 r.

Z tym pomnikiem wiąże się ciekawa historia, lepiej przytoczę cytat doktora Jarosława Bogackiego, który prywatnie zajmuje się badaniem historii Gryfowa:

Heinrich Hoerder był gryfowskim fabrykantem. Miał fabryczkę na tyłach kamienicy, na pierzei zachodniej niedaleko Miodowego Gryfa, tam gdzie przystaje autobus, jadąc do Mirska.

Był również założycielem gryfowskiego oddziału Towarzystwa Karkonoskiego – Riesengebirgsverein (stąd skrót R.G.V.).

To towarzystwo rozpoczęło przygotowania Doliny Kwisy do eksploracji turystycznej, planując i realizując ścieżki turystyczne.

Gdy H.Hoerder zmarł w 1903 lub 1904 r., członkowie towarzystwa nazwali plac przy Kienbergbaude jego imieniem i postawili ten pamiątkowy kamień.

Posadzili także aleję lipową od tego placu w kierunku Gryfowa.

Po chwilach sentymentu ruszyłem dalej – wzdłuż brzegu prowadzi tylko jedna ścieżka, dodatkowo oznakowana jako szlak dla rowerów, więc nie sposób się tutaj zgubić.

Drugie zdjęcie zrobione smartfonem – bajecznie odbijające się od lustra wody drzewa

Wręcz zatrważająca cisza była przerywana krzykiem ptactwa, również tego wodnego oraz spadającymi co i rusz gałązkami drzew. Poza tym – pustka. Mieszkańców Gryfowa, turystów, wędkarzy – ani widu, ani słychu. Naprawdę fajne miejsce na wszelkiego rodzaju refleksje.

Z reguły ścieżka od strony Gryfowa idzie z górki, ale i parę podejść się zdarzy – za to jak uroczych! Trawa w kolorach piasku i zachodzącego słońca.

Po drodze spacerowicza czeka przejście przez dwa strumyki – jeden najlepiej pokonać w gumiakach, ewentualnie obejść nieco dalej, a po drugim prowadzi prowizoryczne przejście.

Odwracając się w stronę Gryfowa…dosłownie brzegiem jeziora

Wreszcie dochodzimy do długiego mostu, który stał już tutaj przed 1945 rokiem. Deski na nim niedawno wymieniono, ale cała konstrukcja mimo wszystko jest pordzewiała i nadszarpnięta zębem czasu. Przechodzę ostrożnie po każdej klepce, łykając głośno ślinę. Może teraz jest w miarę bezpiecznie, ale pamiętam, jak za młodu przechodziłem tędy po spróchniałym drewnie, to naprawdę było czego się bać.

Widok z Wieży przez most, w stronę Karłowic

Zachód Słońca kończący swoje promienie na moście, cień dębu padający na początek przeprawy, barwne zbocze w tle i ciekawa perspektywa – uwielbiam to ujęcie, mniam!

Kiedyś od strony Wieży była szeroka piaszczysta plaża, na której setki ludzi odpoczywały w wakacyjne dni. Teraz mamy tutaj zakaz kąpieli, a z tyłu zostały tylko domki letniskowe, łodzie i kajaki – w różnym stopniu sprawne. Przecież wystarczy…taa, wystarczy – oczyścić jezioro, odrestaurować plażę i tutejsze domki letniskowe, odbudować drogę dojazdową od Wieży – ale byłaby atrakcja! Takiego Jeziora przecież nie ma od Wlenia po Leśną. Pieniądze i administracja. Ech.

Na samochodach znajdziecie tu DLW, a na łodziach – LWŚ. Ciekawostka.
Zdezelowane kajaki, zarośnięta plaża, poniemiecki most – też mają swój urok.

Dzisiaj każdy patrzy z żalem na Jezioro Złotnickie – jutro – każdy może zazdrościć, bo potencjał tkwi w nim ogromny. Trzymam kciuki, żeby jeszcze za mojego żywota można było się tutaj bezpiecznie wykąpać, opalać, czy skorzystać z wodnego sprzętu. Ścieżki rowerowe, spacerowe, biegowe byłyby już wisienką na torcie.

Z dedykacją dla lokalnych władz 🙂