Przez Stóg i torfowiska do Górzystów schroniska (cz.2)

Pierwszą część wpisu skończyłem na “drugim śniadaniu” w schronisku na Stogu Izerskim. Kontynuujmy więc przygodę i w drogę!

Zdziwiło mnie, ile “energetyków” Czarek miał schowanych w plecaku. U mnie tylko banan, wafel, zielona herbata (do wykorzystania w Chatce Górzystów) i woda – mój kompan podróży zajadał się o wiele bardziej zróżnicowanym prowiantem.
Jednym okiem śledziłem trasy prowadzące ze Stogu w stronę Chatki, a drugim  (okiem i) uchem podpatrywałem rozmowy innych turystów, delektujących się górską przygodą. Za nami siedziała dwójka Anglików, a dwa stoły dalej swój dzień planowała para małżonków w wieku około 35 lat (przypuszczam) z Wrocławia. Chwilę przed nami z jadalni wyszedł starszy traper, którego buty odcisnęły ślad na wielu szczytach oraz o wiele młodsza turystka, która z pasją robiła zdjęcia sobie i okolicom schroniska.
Konkluzja jest prosta i fascynująca – każdy na swój sposób przeżywał po prostu bycie turystą, tu i teraz, na końcu świata, zwanym Górami Izerskimi. Wyczuwalny był wszechobecny spokój i odcięcie od codziennego zgiełku. Rozmowy przypominały dysputy starożytnych Greków, którzy starannie ważyli i dobierali słowa do sytuacji.

Najedzony Czarek i pewny obranej trasy Paweł wyruszyli w dalszą część wyprawy.

Żółtym szlakiem ze Stogu w kierunku Łącznika i dalej na południowy wschód.

Wychodząc ze schroniska, trzeba uważnie śledzić drogowskazy – lekko zakręcamy w prawo, pod górę i kierujemy się żółtym szlakiem na szczyt o wysokości 1108 m.n.p.m. Po pięciu minutach widzimy fundamenty dawnej “chatki”, a obok sterczy maszt z nadajnikami. Po drodze minęliśmy traktory-pługi, które służą uporządkowaniu zimą terenu wokół schroniska – już od kilkudziesięciu lat. Ot, takie zabytki motoryzacji.
Następnie czekało nas przejście kamienistą drogą w stronę Łącznika.
W delikatnym, świeżym, porannym błocie widać było mnóstwo śladów zwierząt – głównie jeleni i saren. Ścieżka wraz z przebarwiającą się jesienną “pokrywą borówek” wyglądała niesamowicie przy przedpołudniowych promieniach słońca.

Kamienista (i kolorowa!) droga w stronę Łącznika

Sam Łącznik to po prostu przełęcz – w zasadzie taki duży plac z wieloma młodymi świerkami, z rozwidleniem dróg: wprost pójdziemy w stronę Smreka (Czechy, z wieżą widokową, wartą polecenia), w prawo – dotrzemy do Czerniawy (graniczna dzielnica Świeradowa), a w lewo – w stronę Chatki Górzystów. Mamy tu również ciekawostkę hydrologiczną – rzeki i strumienie na wschód od Łącznika prowadzą do Morza Bałtyckiego, a te na zachód – do Północnego.
Spójrzcie za plecy – zobaczycie głaz z napisem Sophienweg. Czytałem kiedyś, że było ponoć to oznaczenie drogi, którą zwożono wyroby z hut szkła w Izerach do Świeradowa – drugi taki obelisk stoi powyżej wylotu ze Świeradowa na Szklarską.

Sophienweg (Kamień Zośki) – niczym wejście do baśniowej Narnii

Krótka narada z Czarkiem, w którą stronę mamy iść i…postanawiamy spytać myśliwych, których domek stoi na końcu łącznikowego placu. Szczęśliwie pod nim stały auta (na wrocławskich i warszawskich rejestracjach), a po chwili wybiegły nam na spotkanie psy myśliwskie.  Wszedłem do środka, trochę na krzywy ryj, pukając jednak dwa razy w drzwi, głośno witając się: “Darz bór!”.
Brać łowiecka (w osobach dwóch panów i pani) właśnie była przy drugim śniadaniu, między polowaniami. Przyznali nam rację – faktycznie, szlaki były “przemalowane” inaczej i doradzili nam, że możemy iść na skróty dawnym żółtym szlakiem – choć droga obfita w torf i wodę albo dookoła, nieco dłużej. Postanowiliśmy wybrać krótszą opcję.
Na odchodne zagadnąłem myśliwych, czy coś upolowali? – czas rykowisk ma się przecież w najlepsze. Pani skierowała mnie na werandę i poprosiła, żebym spojrzał na biały kosz, przykryty włókniną (trochę tak, jak trzyma się mrożonki w chłodniach rybnych). Odgarnęła płótno. Z dumą, gracją i zwierzęcym szlachectwem spoglądał na mnie wielkimi ślepiami Pan Jeleń. Król lasów izerskich przyodziany w wspaniałą koronę z poroża, ale “król portretowy” – tylko od szyi w górę. Ten wzrok towarzyszył mi przez cały dzień.

Życząc myśliwym łask świętego Huberta, wyruszyliśmy krótszą ścieżką. Już po 30. metrach żałowaliśmy tej decyzji, ale najgorsze dopiero było przed nami. Nikt nie był bez winy. Ja ponosiłem odpowiedzialność za obranie “wodnej” ścieżki, wiedząc, że Czarek nie ma do tego butów – a Czarek, że wziął w góry “adidasy”. Co prawda żółty szlak szedł tutaj cały czas z górki, ale widać było, że trasa ta jest mocno eksploatowana przez ciągniki służące do wywozu drewna i do wycinki. Momentami było tak grząsko i mokro, że musieliśmy brnąć przez młode świerki po obu stronach drogi, a innym razem okazywało się, że strumień płynie dokładnie środkiem szlaku. Widząc minę Czarka i słysząc ton jego głosu, wiedziałem, że lepiej się nie odzywać. Chwilami było niebezpiecznie, bo śliskie kamienie, woda i mini-urwiska zmuszały nas do chodzenia na czterech łapach. Morał jest prosty – droga na skróty w 90% nie popłaca. Na szczęście po 10 minutach usłyszałem hałas pracujących leśników i ich pił – wiedziałem, że zbliżamy się do drogi, gdzie auta już mogą dojechać. Faktycznie – po chwili byliśmy już przy “żółtej budce” na Drodze Granicznej.
W tym rejonie wyremontowano kilka schronień dla turystów, malując każde na inny kolor, kryjąc dach…trawą! (w tle słyszałem tylko chlapiące wnętrze butów mojego towarzysza podróży). Tutaj żółty szlak się urywał.

W blasku wrześniowego słońca szliśmy przed siebie, prostą, żwirową i szeroką drogą, ale to Czarka nie obchodziło – czułem, że w myślach narzeka na mnie, jak Polacy obecnie na cenę masła. Chciałeś Pawle ciszę w górach – to ją masz! Może nie powinienem tego pisać w tym miejscu, ale dopiero góry wydobywają z człowieka wszystkie ułomności, cechy charakteru, całą prawdę o nas samych. Po 2,5 km dość nużącej trasy, skręciliśmy ostro w prawo – mając przed sobą zbiornik retencyjny “Kozi potok”, służący ewentualnemu ugaszaniu pożarów. Minęliśmy tylko dwie turystki z Czech (czeskich  turystów zawsze łatwo poznać – nie mówią cześć, ani dzień dobry, tylko po prostu – ahoj!). Swoją drogą Czarek pewnie też myślami witał się ze mną po czesku, dodając (…)
z nim! 🙂

Droga Graniczna – Droga Łącząca – Droga Borowinowa -> Chatka Górzystów

Schodziliśmy dłuuugim zakrętem w prawo, drogą zwaną Łączącą, a następnie skręciliśmy w Drogę Borowinową – izerską autostradę brzegami rezerwatu “Torfowiska Doliny Izery”. Skrzyżowanie Drogi Borowinowej z Łączącą wygląda tak:

Widok z mostku na Kozim Potoku – dopływu rzeki Izery. Brakuje tylko krasnoludków (tutaj zwanych duchami gór – Flinsami)

Na prawo od siebie mieliśmy granicę państwa, którą wyznacza tu rzeka Izera – nie sprawdzaliśmy tego, ale kilkanaście metrów za gęstym lasem rozpościerała się zarośnięta łąka przecięta wodami Izery. Nadal jednak słychać było jelenie – one zawsze wybierają tereny, gdzie człowiek praktycznie się nie pojawia – np. w rezerwacie Torfowiska Doliny Izery.
Kontynuowaliśmy swoją wędrówkę, dziarskim krokiem maszerując w stronę Chatki. Stopniowo góry przerzedzały się, mało było drzew, sporo trawy o piaskowym kolorze – tak charakterystycznej dla tej okolicy…i tutaj natknąłem się na ślady – no właśnie. Ktoś aż tutaj zabierał psa, czy może to wilk, ostatnio coraz częściej pojawiający się w Izerach?

Chciałbym wierzyć, że to wilk…

Wychodząc wreszcie na Halę Izerską rozpościerał się przed nami ogrom bezkresnych łąk śródgórskich, z majaczącą się w oddali Chatką Górzystów. (główne zdjęcie strony przedstawia właśnie ten widok). Na temat tego miejsca można napisać kilka historii, ale o nich będą osobne wpisy.

Czarek z przemoczonymi “adidasami”, nieco zmęczony trasą, gdy zobaczył na horyzoncie Chatkę, jego brzuch, niczym generał, natychmiast dał rozkaz do ataku – na przełaj, a co!

Jedni podążają do Jerozolimy, inni do Mekki, a my – do Chatki Górzystów.

Chatka Górzystów – słynne wśród polskich, czeskich i niemieckich turystów schronisko na skraju Hali Izerskiej. Jedyny ocalały budynek po przedwojennej wsi Gross-Iser – dawna szkoła. O historii wsi-widmo – innym razem. Teraz pora na naleśniki. Co prawda trzeba dać 19 zł i nie zawsze można je dostać, ale to jedna z głównych składowych dotarcia tutaj 🙂

Naleśniki Górzystów z bitą śmietaną i jagodami – aż dziw, że ten specjał nie ma certyfikatu produktu regionalnego

W czasie, gdy Czarek zachwycał się naleśnikiem, ja poszedłem po darmowy wrzątek do schroniska – mając w plecaku zapakowany woreczek z zieloną herbatą (tzw. cebula, janusz, złotówa, czy jak sobie to nazwiecie – nie zapłacę w górach 10 zł za herbatę), ale jak smakuje – w takich okolicznościach natury pewnie rozsmakowalibyście się w jakimkolwiek napoju, jedzeniu. (Zawsze myślę, dlaczego reklamę Milki kręcą w Alpach, a nie tutaj).

…a po naleśnikach wymarzony błogostan. Ten pan nie potrzebuje tabletek na depresję i inne przypadłości współczesnego świata.

W czasie odpoczynku zagadnąłem małżeństwo na rowerach obok nas – przyjechali do Szklarskiej aż z Poznania i postanowili dojechać do Świeradowa na rowerach. Niestety czas nieubłaganie leciał, a jeden z ostatnich autobusów do Gryfowa odjeżdżał ze Świeradowa o 14.30 – trzeba było się zbierać. Z żalem pożegnaliśmy się z turystami i Chatką, po czym ruszyliśmy w stronę miasteczka.

Zdjęcie zrobione…a rączki mam tutaj! Żyć, nie umierać . Polecamy – Czarek i Paweł.

Szliśmy starym asfaltem pod górę aż do zielonej budki, przed Polaną Izerską – te kilka domków zwano kiedyś osadą Drwale. Nazwa tłumaczy przeznaczenie tego miejsca. Cały czas prosto, aż do samego Świeradowa. Od osady Drwale ostro w dół, Nową Drogą Izerską, aż do Czeszki i Słowaczki, które to domy wypoczynkowe mijaliśmy w pierwszej części newsa. Ową drogę przecina w połowie “Świeradowiec” – nie znam drugiego tak stromego stoku narciarskiego, widać go już zza Gryfowa. Co prawda – nie jest już czynny od dobrych kilkunastu lat, ale umożliwia szeroką panoramę na Świeradów, Mirsk i Gryfów. Spójrzcie sami.

Widok w drodze powrotnej ze Świeradowca

O samym Świeradowie również można napisać osobny artykuł. Schodząc z gór zahaczyliśmy szybko o Dom Zdrojowy i deptak w centrum miasteczka – odrestaurowany kilka lat temu naprawdę robi wrażenie swoją czystością i estetyką. Trochę zalatuje tu szwajcarskim kurortem 🙂

Baden-Baden, Ciechocinek? Nie – to Świeradów-Zdrój. Ładnie, prawda?

Ulicę niżej już nie jest tak urokliwie – poniemieckie wille lata świetności mają za sobą, a niestety nie wszystkie doczekały się odpowiedzialnych właścicieli. Myślę jednak, że kwestią czasu jest ich odrestaurowanie – to zbyt małe i zbyt obfite w turystów miasteczko, żeby mogło sobie pozwolić na takie ubytki.
Po 14.00 byliśmy już na tutejszym “dworcu”, a raczej przystanku. Pół godziny później odjechał z nami autobus do Gryfowa – zmęczeni, ale bogaci
w wspomnienia wróciliśmy do domu, by nazajutrz obudzić się w akademickiej codzienności…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *